wtorek, 12 sierpnia 2014

Zamość-Wrocław

Szmeranie w żołądku oznaczające stres - towarzyszy mi nieustannie odkąd jakieś 3 tygodnie temu mąż wyjechał do pracy do Mielna. Jeszcze 4 dni temu byłam skłonna przeprowadzić się do Polski B, na zadupie, bo mąż chce realizować swoje plany. Później stwierdziłam, że to nie ma sensu, że lepszy jest Wrocław (nadal nie wiem, za co byśmy się utrzymali, ale byśmy...) A przed chwilą dzwonił Daniel, słyszę "kurwy" rzucane przez Grzegorza, myślałam, że chodzi o Patryka, a chodziło o Denisa - przybranego syna Grzegorza. Ma 15 lat, nie potrafi zająć się siostrą i muszą z tego tytułu wynajmować jakąś kobitkę, której nie ufają. I padły słowa "zamieszkalibyście obok nas i Karina zajęłaby się Anastazją". Nowy sposób przekonania mnie? Jutro (czekam na telefon) mam jechać oglądać mieszkanie we Wrocławiu. Mętlik, mętlik, mętlik. Czy znaki na niebie i ziemi mówią "Zamość"? Jechać 700 km i być tam czy tu, bliżej rodziny..? Na jak długo? Czy Daniel dogada się z Grzegorzem? Czy będziemy taką wędrującą wyspą? Szizys. Nie wiem,ile jeszcze udźwignę. Trójka dzieci, czasem czwórka, przeprowadzka, pakowanie rzeczy, kombinowanie mieszkania, gotowanie, jeżdżenie, przewijanie, codziennie opanowywanie emocji. Żeby przez mój własny wulkan dzieciom się nie oberwało. Dziś np. rzuciłam przy nich szczoteczką, którą myli zęby. "Pizgnęłam" mówiąc kolwialnie, bo szczoteczka odbiła się od umywalki i pofrunęła pod prysznic. Wytłumaczyłam im później, że czasem lepiej jest walnąć w coś niż kogoś skrzywdzić. I że w ten sposób opanowałam się, żeby ich nie walnąć, bo mnie wkurzyli. TAK. Z dziećmi trzeba rozmawiać. Nie mogę zasnąć o 0.00 pomimo zmęczenia. Nie chcę jechać, bo sytuacja finansowa w Zamościu wcale nie zapowiada się lepiej. Są perspektywy. Ale wszędzie są.
Cudowną chwilą było, kiedy Leonard wspiął się z użyciem swoich małych rączek i stópek na podstawę huśtawki (hop po rurze, później wisząc na drugą stronę i hop na dół. Gabryś oczywiście troszkę się sfoszył, że nie umie, ale przed snem mu przeszło i doszedł do wniosku, że potrenuje jutro. I znowu trzeba było tłumaczyć, że każdy jest lepszy w innej dziedzinie i każdy uczy się w swoim tempie - on lepiej zapamiętuje, liczy, ogarnia matematykę, Leo jest sportowcem. Dzieci. Czekam na telefon Daniela. Boję się, że Grzegorz zaproponuje jakiś układ z Anastazją. Czuję, że mój mąż chce tam być, choć mówi, że nie:D

czwartek, 31 lipca 2014

Rowerowa wycieczka 5 i 6 latka

No to dziś zostałam wyklęta ... Wychowałam się i pracowałam ostatnie 3 lata w szkole na wsi (około 1000 mieszkańców). Każdy każdego zna (no może już nie, bo miastowi stawiają nowe domki i wysokie mury, by pozostać anonimowymi :) Przebywam na wakacjach u rodziców, jednak akurat obecnie wszyscy wyjechali gdzieś wypocząć - mama do ciotki do Gdańska, siostra z mężem i 9-miesięczną Melą na Kaszuby - zostałam ja, tata i trójka moich chłopaków - Gabryś (6), Leonard (5) i Salwador (5 miesięcy).

I wpadł mi dziś do głowy pomysł. Mały spał, ja potrzebowałam bardzo sera na farsz do pierogów ruskich. No dobra, mogłam poczekać, aż się obudzi. Zapytałam się chłopaków, czy czują się na siłach i chcą pojechać rowerkami na zakupy. Drogę pokonywaliśmy nie raz razem, kiedy Gabryś chodził tutaj do przedszkola. Moją propozycję przyjęli entuzjastycznie. Poszukałam plecaczka, wyjęłam z portfela karty i dokumenty, poprosiłam, by kupili ser i chlebek i jak chcą sobie batonika :) Poczułam szmer w żołądku.

Droga nie jest skomplikowana (około 1 km). Chodnik, przejście prze tory kolejowe i na drugą stronę ulicy i znowu chodnik. Od kilku lat uczę ich jak przechodzić przez jezdnię. I pojechali. I wrócili. I opowiadali, że panie się dziwiły w sklepie. Jak się później okazało nie tylko panie. Opowiedziałam tym mamie, ona przekazała cioci i padły stwierdzenia:
"musiałaś?"
"oni są za mali"
"coś się mogło stać"
"nie mogłaś jechać z nimi?"

Oczywiście, że coś się mogło stać, tak samo, jakby jechali ze mną. Zawsze COŚ się może stać.

Czy są za mali? Nie wiem.Wiem, że prawnie dzieci poniżej 7 r.ż. mogą poruszać się z osobą, która ma więcej niż 10, więc w tym momencie wykazałam się nieodpowiedzialnością .Spędzam z nimi czas. Przez 6 i 5 lat, jakie chodzą po ziemskim padole nie pozostawali pod opieką nikogo innego i wiem, na co ich stać. Dzieci naprawdę dużo potrafią i na wiele ich stać, ale to w nas - dorosłych - jest jakiś syndrom spychania tej dojrzałości i ciągłe powtarzanie "jeszcze nie czas". Nie wpadłabym na taki pomysł w zatłoczonym mieście. Ale pewnie wpadłabym na inny :D