czwartek, 13 lipca 2017

Droga fasolko (zwana roboczo Nel)                                                                                    13.07.2017
Wiadomosc o Tobie (dokladnie przed wczoraj) z jednej strony bardzo mnie przerazila, z drugiej przypomniala, co sie w zyciu liczy.
Pierwszą osobą, do ktorej zadzwonilam byl Twoj tata. Zatkalo go, jak powiedzialam w przyplywie nie wiem jakich emocji, ze moze polkne tabletke "po" (choc w sumie i tak by nie zadzialala, a ja bym tego nigdy nie zrbila - chce natomiast nadmienic, ze kobieta miewa taka mysl i nie powinna czuc z tego powodu poczucia winy). Wział to na klate. Nawet się pośmialiśmy, że musimy sobie kupić autobus, bo nasz Nissan tego nie udźwignie.
Drugą  osoba, do ktorej zadzwonilam byla Patrycja. Musisz wiedzieć, że to cudowna kobieta, matka czworga dzieci. Powiedziala mi, ze jestes blogoslawienstwem, ze to trudna, ale piekna droga i ze bedzie Ci kupowac sukienki (o ile jestes dziewczynką). Że skoro Bóg nam Ciebie zesłał, to pomoże też rozwiązać kolejne napotykane trudności.
Trzecia powiadomioną osobą była moja dobra koleżanka Magda. Zatkało ją, ale powiedziała, że pomoże zająć się starszakami - droga Nel musisz wiedziec, że zatyka wszytskich, bo jesteś naszym czwartym błogosławieństwem i mam wrażenie, że w miarę powiększającej się rodziny najbliższi coraz mniej się cieszą. Musisz też wiedzieć, że ja jestem córką mojego taty, który też był był czwarty. I gdyby go nie było, nie byłoby mnie i Ciebie.
wiadomość o Tobie wysłałam też do twóch kobiet, które są cudowne - Iwony i Magdy. Wprawdzie są mamami pojedynczymi, ale cudownymi i rozumiejacymi macierzyństwo. Dowiedział się też mój dobry przyjaciel Stefan - ale w sumie do niego zadzwoniłam z prośbą o konkretną poradę w sprawie zatrudnienia.
Okoliczności Twojego powstania są zaskakujące. Ostatnio z tatą mieliśmy raczej ciche dni, do tego pozycie przypominało niepożycie i choć tata zawsze mógł się do mnie zbliżyć, nie chciał tego robić nie widząc mojego zaangażowania. Jednak ostatnio już nie mógł wytrymać. I źle policzył dni. Był to dziesiąty dzień. Zrobiłam sobie test ciążowy - wyszedł negatywny, ba, nawet miałam miesiączkę - może słabszą, ale jednak. Przyjechalismy na wakacje do babci i zaczęłam się źle czuc. Bolał mnie żołądek, byłam senna, miałam mdłości, nawet dwa razy wypilam orzechówkę na niestrawność i problemy z jelitami. Myślałam, że czepiła się mnie jakaś choroba - anemia, rak jelit albo że moje ciało reaguje tak na kawę, którą planowałam odstawic. I tak - przed wczoraj, w bardzo piękny i sloneczny dzień - udałam się do apteki, poszlam do toalety przy Polo na Święciechowskiej i zrobiłam test. Padłam z wrażenia, ale o tym już wiesz.
Nie chiałam mówić o tym rodzinie, bo choć ich bardzo kocham, wiedziałam, ze będą wzdychać, przewracać oczami i unikać tematu. Jednak wczoraj moja mama zapytała mnie wprost, czy jestem w ciąży - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. I zobaczyłam "ten" wzrok, którego chciałam uniknąć. Gwarantuje Ci, że jako przyszła babcia będę reagować z wielką miłością na każdą informację związaną z Twoim macierzyństwem (lub tacierzyństwem - zakładając, że jesteś chłopcem).
I tak kolejną osobą,  która sie dowiedziała, była Beata - do tematu podeszła z usmiechem (za ta kocham prawdziwych przyjaciół). Później powiedziałam przez telefon siostrze (obecnie przebywa w szpitalu w Gliwicach i trzymam kciuki, żeby mogła zajść w drugą ciążę, która chyba ją przeraża) - smutne to, ale jej pierwsze słowa brzmiały "nie umiecie się zabezpieczać?"....nie miałam ochoty ciagnąć tego tematu. Później z Hiszpanii zadzwonił zapewne powiadomiony przez siostrę szwagier, który przywitał mnie słowami "nie wiem, czy mam Ci gratulować czy współczuć"...wtedy już nie wytrzymałam i powiedziałam o różnicy w mentalności ludzi ze wschodu (musisz wiedzieć, że od 2 lat mieszmay w Lublinie) i z zachodu (Lasocice - moja rodzinna wieć miedzy Poznaniem a Wrocławiem, w której obecnie przebywam). Adam powiedział coś o tym, że jak się przewrócisz, to też możesz do tego różnie podejść i udawać, że nic się nie stało - wiesz co, nie zrozumiałam go. Adam, w przeciwieństwe do cioci Patrycji chyba nie patrzy na macierzyństwo jako na cudowny dar od Boga. nie wiem, czy ktokolwiek z mojej rodziny tak na to patrzy. Dobra. Mama chyba powiedziala tacie, który rano mnie przytulił i pogłaskał po brzuszku. Bez zbędnych słów, których lubi czasem nadużywać. Pewnie jak wszystkim emocje opadną, zaczną inaczej na to patrzeć. Jednak w obecnej chwili czuje, ze najwieksze wsparcie mam ze strony przyjaciół.
Twoje pojawianie się wywołało też lawinę zmian - otworzyłam działalność, dostałam dotację, potrzebuję umowę o pracę, żeby mieć macierzynski - jednym slowem czeka mnie dużo roboty. Ale mam na to dziewięć miesięcy...Dziś Twój najmłodszy 3,5 letni brat zasnął z ręką na moim brzuszku, bo mu powiedziłam, że jest tam dzidziuś  -  fasolka. Środkowy brat powiedział, że będzie się Tobą opiekował. To jest piękne. I wiesz - otwarcie mówiłam, że jeśli miałabym gwarancję, że czwarta będzie dziewczynka, to przyjmuję taki dar od Boga. Teraz sobie myślę, że nie ważna jest Twoja płeć (tak, cieszylabym się bardziej, gdybyś była/był dziewczynką) - dolączysz do naszej piątki, która się kocha i wspiera i nie jest rodziną patologiczną. Dziękuje Ci, że znowu otworzyłaś mi (fasolko) oczy na macierzyństwo, niewątpliwie Jesteś Darem. 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Zamość-Wrocław

Szmeranie w żołądku oznaczające stres - towarzyszy mi nieustannie odkąd jakieś 3 tygodnie temu mąż wyjechał do pracy do Mielna. Jeszcze 4 dni temu byłam skłonna przeprowadzić się do Polski B, na zadupie, bo mąż chce realizować swoje plany. Później stwierdziłam, że to nie ma sensu, że lepszy jest Wrocław (nadal nie wiem, za co byśmy się utrzymali, ale byśmy...) A przed chwilą dzwonił Daniel, słyszę "kurwy" rzucane przez Grzegorza, myślałam, że chodzi o Patryka, a chodziło o Denisa - przybranego syna Grzegorza. Ma 15 lat, nie potrafi zająć się siostrą i muszą z tego tytułu wynajmować jakąś kobitkę, której nie ufają. I padły słowa "zamieszkalibyście obok nas i Karina zajęłaby się Anastazją". Nowy sposób przekonania mnie? Jutro (czekam na telefon) mam jechać oglądać mieszkanie we Wrocławiu. Mętlik, mętlik, mętlik. Czy znaki na niebie i ziemi mówią "Zamość"? Jechać 700 km i być tam czy tu, bliżej rodziny..? Na jak długo? Czy Daniel dogada się z Grzegorzem? Czy będziemy taką wędrującą wyspą? Szizys. Nie wiem,ile jeszcze udźwignę. Trójka dzieci, czasem czwórka, przeprowadzka, pakowanie rzeczy, kombinowanie mieszkania, gotowanie, jeżdżenie, przewijanie, codziennie opanowywanie emocji. Żeby przez mój własny wulkan dzieciom się nie oberwało. Dziś np. rzuciłam przy nich szczoteczką, którą myli zęby. "Pizgnęłam" mówiąc kolwialnie, bo szczoteczka odbiła się od umywalki i pofrunęła pod prysznic. Wytłumaczyłam im później, że czasem lepiej jest walnąć w coś niż kogoś skrzywdzić. I że w ten sposób opanowałam się, żeby ich nie walnąć, bo mnie wkurzyli. TAK. Z dziećmi trzeba rozmawiać. Nie mogę zasnąć o 0.00 pomimo zmęczenia. Nie chcę jechać, bo sytuacja finansowa w Zamościu wcale nie zapowiada się lepiej. Są perspektywy. Ale wszędzie są.
Cudowną chwilą było, kiedy Leonard wspiął się z użyciem swoich małych rączek i stópek na podstawę huśtawki (hop po rurze, później wisząc na drugą stronę i hop na dół. Gabryś oczywiście troszkę się sfoszył, że nie umie, ale przed snem mu przeszło i doszedł do wniosku, że potrenuje jutro. I znowu trzeba było tłumaczyć, że każdy jest lepszy w innej dziedzinie i każdy uczy się w swoim tempie - on lepiej zapamiętuje, liczy, ogarnia matematykę, Leo jest sportowcem. Dzieci. Czekam na telefon Daniela. Boję się, że Grzegorz zaproponuje jakiś układ z Anastazją. Czuję, że mój mąż chce tam być, choć mówi, że nie:D

czwartek, 31 lipca 2014

Rowerowa wycieczka 5 i 6 latka

No to dziś zostałam wyklęta ... Wychowałam się i pracowałam ostatnie 3 lata w szkole na wsi (około 1000 mieszkańców). Każdy każdego zna (no może już nie, bo miastowi stawiają nowe domki i wysokie mury, by pozostać anonimowymi :) Przebywam na wakacjach u rodziców, jednak akurat obecnie wszyscy wyjechali gdzieś wypocząć - mama do ciotki do Gdańska, siostra z mężem i 9-miesięczną Melą na Kaszuby - zostałam ja, tata i trójka moich chłopaków - Gabryś (6), Leonard (5) i Salwador (5 miesięcy).

I wpadł mi dziś do głowy pomysł. Mały spał, ja potrzebowałam bardzo sera na farsz do pierogów ruskich. No dobra, mogłam poczekać, aż się obudzi. Zapytałam się chłopaków, czy czują się na siłach i chcą pojechać rowerkami na zakupy. Drogę pokonywaliśmy nie raz razem, kiedy Gabryś chodził tutaj do przedszkola. Moją propozycję przyjęli entuzjastycznie. Poszukałam plecaczka, wyjęłam z portfela karty i dokumenty, poprosiłam, by kupili ser i chlebek i jak chcą sobie batonika :) Poczułam szmer w żołądku.

Droga nie jest skomplikowana (około 1 km). Chodnik, przejście prze tory kolejowe i na drugą stronę ulicy i znowu chodnik. Od kilku lat uczę ich jak przechodzić przez jezdnię. I pojechali. I wrócili. I opowiadali, że panie się dziwiły w sklepie. Jak się później okazało nie tylko panie. Opowiedziałam tym mamie, ona przekazała cioci i padły stwierdzenia:
"musiałaś?"
"oni są za mali"
"coś się mogło stać"
"nie mogłaś jechać z nimi?"

Oczywiście, że coś się mogło stać, tak samo, jakby jechali ze mną. Zawsze COŚ się może stać.

Czy są za mali? Nie wiem.Wiem, że prawnie dzieci poniżej 7 r.ż. mogą poruszać się z osobą, która ma więcej niż 10, więc w tym momencie wykazałam się nieodpowiedzialnością .Spędzam z nimi czas. Przez 6 i 5 lat, jakie chodzą po ziemskim padole nie pozostawali pod opieką nikogo innego i wiem, na co ich stać. Dzieci naprawdę dużo potrafią i na wiele ich stać, ale to w nas - dorosłych - jest jakiś syndrom spychania tej dojrzałości i ciągłe powtarzanie "jeszcze nie czas". Nie wpadłabym na taki pomysł w zatłoczonym mieście. Ale pewnie wpadłabym na inny :D